Uroczystości Patriotyczno – Religijne na Górze Śmierci 2014

Tegoroczne Uroczystości Patriotyczno–Religijne na Górze Śmierci odbyły się 30 kwietnia. Postanowiłem wybrać się na nie prywatnie, a tak się fajnie złożyło, że mogłem pojechać podstawionym autobusem w towarzystwie dębickich harcerzy i kombatantów. Nie zastanawiałem się długo nad tą możliwością i zdecydowałem się na przejazd czarterem :)

O godzinie 10:15 sprzed Placu Solidarności wyruszyliśmy ku Górze Śmierci. Na pokładzie miejskiego SOR-a znalazło się 30 harcerzy, troje przedstawicieli Związku Kombatantów i Byłych Więźniów Politycznych i ja. Pojazdem kierowała przesympatyczna pani, która postanowiła uatrakcyjnić nam wszystkim podróż i zawiozła nas mniej popularną trasą, pokazując po drodze miejsca, które w ostatnich latach bardzo się zmieniły. Na najstarszych pasażerach największe wrażenie zrobiła autostrada A4, nad którą przejeżdżaliśmy.

Program i forma uroczystości były niemalże takie same, jak przed rokiem. Mógłbym pominąć słowo „niemalże”, ale używając go chciałem podkreślić pewną różnicę. Tę różnicę zrobili uczniowie pobliskiej szkoły, którzy w ramach programu artystycznego przygotowali krótkie przedstawienie o losie więźniów obozu. Zaczęło się zwyczajnie, po uczniowskiemu, ale… to było mocne. Wiele osób płakało; jedni starali się ukryć łzy, inni nie, a mnóstwo twarzy wyrażało głębokie przejęcie. To, co pokazały nam dzieci i młodzież, było naprawdę mocne.

Kto wie, może nawet pogodę wzruszyli, bo podczas kolejnego (i zarazem ostatniego) punktu programu uroczystości – złożenia pod pomnikiem wieńców przez przybyłe delegacje – na chwilę dość mocno się rozpadało.

Gdy po wszystkim zajęliśmy miejsca w autobusie i wyruszyliśmy w drogę powrotną pewni tego, że to już koniec wrażeń podczas tego wyjazdu, po przejechaniu zaledwie kilkuset metrów zatrzymaliśmy się. Na skraju drogi stała Skoda 100 pana Mariana, który jechał za nami na uroczystości. W samochodzie siedział jego właściciel i bezskutecznie próbował uruchomić pojazd. Na ten widok z autobusu wybieli druhowie Sławek, Mateusz i Mieszko i ruszyli Panu Marianowi z pomocą. A ja za nimi, gotowy ich wesprzeć.

Widząc, że sami spokojnie sobie poradzą z pchaniem leciwej skody, chwyciłem przewieszony przez ramię aparat i utrwaliłem tę akcję na zdjęciach. Myślę, że te kadry są najlepszą puentą naszej wspólnej, harcerskiej wyprawy. :)