Marcin Szumański – Fotografia Reportażowa | Fotograf eventowy Dębica, Rzeszów, Kraków

Najpiękniejsze zdjęcia z dzieciństwa – jakie powinny być?

Pod koniec lat 90 XX wieku moja kuzynka wyjechała z mężem do USA. Wyjechali tuż po ślubie, by właśnie tam zacząć nowe, wspólne życie. Niedługo później zostali rodzicami. Pamiętam, jak na święta wielkanocne przysłali babci świąteczną pocztówkę, na której jednak nie było zmartwychwstałego Jezusa ani jakiegoś baranka, ale jeden kadr z ich studyjnej sesji zdjęciowej.

Jasna scenka, wiosenne motywy, miękkie studyjne oświetlenie – trochę jak zdjęcie z katalogu produktów. Powiało zachodem, wielkim i bogatym światem, o którym wtedy w Polsce wszyscy marzyliśmy, ale ten powiew wcale mnie nie porwał. Wręcz przeciwnie – nie podobało mi się to. Fotografia, jaką znałem, miała mieć wartość pamiątkową, dokumentalną, miała zakorzenienie – główny motyw i kontekst, w którym jest osadzony. A to było inne – ładne, ale puste.

I tak sobie to sobie dziś przypomniałem i mimowolnie zacząłem mocniej niż kiedykolwiek wcześniej maglować w głowie ten temat. Temat fotografii dziecięcej, rodzinnej. No bo trendy, jakie są, to każdy widzi i również to, że tamtą Amerykę już dawno temu wyprzedziliśmy. Wokół fotografii rodzinnej zrobił się wielki biznes daleko wykraczający poza same sesje zdjęciowe. Warsztaty, gadżety, szkolenia, strategie marketingowe i dopiero gdzieś na samym końcu tego wszystkiego są zdjęcia.

A jakie są te zdjęcia?

Na pewno nie takie, jakie mi się podobają. Nawet sesje tzw. lifestylowe nie do końca mnie przekonują przez to, że są zbyt mocno aranżowane. Nie chcę mówić, że to źle — rozumiem, że to wygodne, powtarzalne, łatwiejsze w realizacji. Gotowe schematy, sprawdzone kadry. Tylko że ja tego po prostu nie czuję.

Mi zawsze najbliżej było do fotografii dokumentalnej, dlatego już dawno osiadłem w fotoreportażu i w końcu przestałem udawać, że chcę balansować między nim a fotografią kreowaną. Bo próbowałem, serio. Ale to nie dla mnie. Nie czułem się z tym dobrze i nie czułem satysfakcji z ustawianych zdjęć w takim stopniu, w jakim cieszę się z każdego wykonanego fotoreportażu.

Pomimo tego, że mam już swoje lata, to wciąż czuję pasję i swego rodzaju misję. Nieprzerwanie chcę dokumentować rzeczywistość, nawet wykonując portrety. Kiedyś już nawet przez jakiś czas trzymałem się definicji portretu, że portret, to nie tylko sama twarz, ale to przede wszystkim historia tej twarzy.

Dziś, w czasach AI i generowanych obrazów, to nabiera jeszcze większego znaczenia. I trochę mnie przeraża, jak łatwo ludzie godzą się na ingerencję w swoje zdjęcia. Liczy się efekt — żeby było efektownie, żeby dobrze wyglądało w social mediach, żeby tylko można się było przed innymi pochwalić.

A ja się cholernie cieszę z tego, że mogę iść swoją drogą.

Nie podobają mi się pewne trendy, więc po prostu w nie nie wchodzę. I co ciekawe — wcale na tym nie tracę. Trafiają do mnie ludzie, którzy chcą prawdziwych zdjęć. Bez cukru, bez sztuczności. Zdjęć, w których estetyka wynika z kompozycji, światła i subtelnej obróbki, a nie z przesadnej kreacji.

Dzięki temu nadal mogę robić to, co lubię najbardziej, czyli zdjęciami opowiadać historie. Nie tylko z wydarzeń, ale też z życia pojedynczych ludzi.

Kiedy byłem dzieckiem, wszystkie zdjęcia robione były na kliszy. I dziś – z perspektywy czasu i dojrzałego fotografa bardzo to doceniam. Na zdjęciach, które robił mój tata, oprócz mnie są miejsca, w których żyłem, i rzeczy, które były dla mnie ważne. Moje zabawki, moje otoczenie. Po latach wiem, że właśnie one są esencją tych zdjęć i bez nich te stare kadry nie miałyby dla mnie takiej wartości, jaką mają teraz.

Może technicznie te tatowe nie są idealne. Ale są prawdziwe. I dlatego mają dla mnie tak ogromną wartość..

Właśnie takie zdjęcia chcę robić ludziom. Fotografować dzieciństwo i rodziny tam, gdzie naprawdę się ich historia dzieje. Zostawiać ludziom coś więcej niż ładny obrazek — prawdziwą pamiątkę. Taką, do której wraca się po latach i widzi nie tylko siebie, ale cały świat, który wtedy miał znaczenie. Czy to miejsca w plenerze, czy własne cztery kąty – najważniejsze że ich świat, ważny dla nich i będący częścią ich życia i historii.

Nie ten wykreowany.

Na zdjęciu mój synek na swoim pierwszy dwukołowym rowerku, z ulubionym bidonem i w miejscu, w którym ćwiczył swoje pierwsze razy kolejnymi rowerami. Niby zwykłe zdjęcie (pomijając fakt uchwycenia w ruchu – to nie fotoszop, lecz dłuższy czas migawki), ale już wiem, że dla niego mnóstwo wspomnień w nim siedzi 🙂